Kończąc studia artystyczne, musiałem zrobić dyplom – coś, co pokazuje, jak projektuję. Pomysł pojawił się od razu, a po nim dwa preteksty: wycieczki do Stanów z bratem i z dziewczyną oraz przywiezione z nich pudło pełne ulotek i naklejek. To one dały mi pole do zabawy layoutem. Tak powstały dwie pierwsze książki mojego małego wydawnictwa. Skoro te dwie się udały, pomyślałem: zrobię kolejną. I kolejną. I kolejną. Czekały mnie dwie wyprawy do Skandynawii, gdzie zacząłem myśleć layoutem i proporcjami jeszcze poważniej. Narodził się system: każdy kraj ma swój własny rozmiar publikacji. Dla Ciebie Włochy to kształt buta, dla mnie włochy to proporcje 1 do 1.42. Potem okazało się, że nie trzeba wyjeżdżać za granicę, żeby mieć pretekst do tworzenia. Tak powstał projekt „Parapetue" — jedna rolka filmu z analogowego aparatu, złożona w mały zin o domówce i oblewaniu nowego mieszkania przyjaciół. Z czasem do zbioru dołączyły rzeczy jeszcze bardziej prywatne: pierwszy rok z psem Bryzą, urodzinowy zine dla przyjaciół, zeszyt o tym, jak bardzo mi żal opuszczać biuro i ludzi, bo przeprowadzam się na drugi koniec kraju, powstała też gazeta o wysłużonym aucie rodziny, wydrukowana w UK na papierze gazetowym, a sesja ślubna zyskała twardą oprawę, żeby nadać jej należytej wagi. Teraz publikacji jest ponad trzydzieści, co przekłada się na jakieś 2400 stron do wertowania. Myślę, że to dobry moment, żeby je skatalogować i uwiecznić w przestrzeni cyfrowej, skoro na półce już są. Trochę ironiczne, bo te ziny miały działać dokładnie odwrotnie. Być manifestem tego, że do setek cyfrowych zdjęć robionych miesięcznie nie wracamy, a do książek już tak.
Wrapping up my art degree came with a diploma project — an obligation I actually welcomed. The idea came instantly, and with it two pretexts: trips to the United States with my brother and my girlfriend, and a box of flyers and stickers brought back from both. Those gave me a playground for layout. That's how the first two books of my small publishing house came to be. Since those two worked out, I thought: I'll make another. And another. And another. Two expeditions to Scandinavia followed, where I started thinking about layout and proportions more seriously. A system emerged: every country gets its own publication size. For you, Italy is the shape of a shoe — for me, it's a ratio of 1 to 1.42. Then it turned out you don't need to go abroad to have a reason to make something. That's how "Parapetue" was born — one roll of film, folded into a small zine about a housewarming at a friend's new place. Over time, the collection grew to include things even more personal: the first year with our dog Bryza, a birthday zine for friends, a notebook about how much it hurt to leave an office and the people in it when I moved across the country. A newspaper about a worn-out family car, printed in the UK on newsprint. A wedding session given a hardcover, because it deserved the weight. Now there are over thirty publications — around 2,400 pages to flip through. A good moment to catalog them and preserve them digitally, since they're already on the shelf. Somewhat ironic, because these zines were meant to work in exactly the opposite direction: a manifesto for the idea that we never go back to the hundreds of digital photos we take each month — but we always go back to books.